Na stronie przeczytasz
ToggleNarol - Pałac Łosiów
Do Narola znajdującego się w obrębie Puszczy Solskiej i Południoworoztoczańskiego Parku Krajobrazowego prowadzą różne drogi i bezdroża. Jedne są kręte i niewybrukowanie, przecinają lasy i rozległe pola, a inne asfaltowe, jak ta wiodąca aleją kasztanową. To bardzo szczególna aleja. Jej niezwykłość objawia się nie tylko w szpalerze wiekowych drzew z fantazyjnie powyginanymi pniami, których bujne gałęzie tworzą nad głową ochronny parasol, ale przede wszystkim w fakcie, że są one jednym z elementów XVIII założeń pałacowo – parkowych. Pałac Łosiów podobnie, jak i lokalny kościół został ufundowany przez hrabiego Łosia, który razem z rodziną mieszkał w Narolu.
Burzliwa historia jaka przetoczyła się przez te tereny nie oszczędziła również losu Pałacu. W trakcie Powstania Styczniowego został spalony, a podczas I wojny światowej dokonano licznych grabieży. Zniszczony i ograbiony z cennych przedmiotów przetrwał do czasów II wojny światowej, lecz w wyniku ostrzału dokonanego przez Armię Czerwoną poniósł dalsze straty. Pałac otoczony był parkiem z aleją lipową, która prowadziła do głównej bramy. Architektonicznie całość budowli tworzy kształt podkowy – rodowego herbu hrabiów Łosiów, a barokowa stylizacja nadaje mu przepychu i majestatu. Pałac możemy podziwiać w całej jego okazałości, gdyż został on odrestaurowany i udostępniony zwiedzającym.
Huta Różaniecka
Miejsc, w których napotkamy ślady dawnej kultury i historii na tych terenach jest wiele. Spotkać tu można zarówno przykłady architektury ludowej, jak i drewniane cerkwie, pozostałości zabytków kultury żydowskiej oraz bunkry linii Mołotowa z czasów II wojny światowej.
Mogłabym powiedzieć, że zapach przeszłości unosi się tutaj w powietrzu, jak nitki babiego lata. Z ufnością chwytam się tego osobliwego splotu nici, utworzonego z przestrzeni i czasu i daję się prowadzić, z nadzieją, że zaprowadzą mnie w miejsca, które pachną drewnem, mchem i kamieniem, gdzie upływ czasu nie jest odmierzany wskazówkami zegara, lecz kolejnymi pęknięciami na ścianach budowli, odłamkami pojawiającymi się na resztkach pomników, trzaskiem rozpadającego się drewna.Z ciekawością godną archeologa udaję się do miejscowości Huta Różaniecka. Po drodze mijam rozległy zalew z licznymi atrakcjami i przybywam do miejsca, w którym znajdują się ruiny cerkwi greckokatolickiej zbudowanej w 1853 roku. Świątynia wchodziła w skład greckokatolickiej parafii w Płazowie i powstała na miejscu drewnianej cerkwi św. Mikołaja. Cerkiew wraz ze stojącą obok drewnianą dzwonnicą podpalono w 1943 r. przez oddziały niemieckie.
Błękitne niebo i soczysta zieleń mocno kontrastują ze szczątkami budowli. Letnie promienie słońca nagrzały kamienne resztki murów, jakby na powrót chciały tchnąć w nie życie. Otoczona krzewami i pachnącymi ziołami patrzę na przesuwające się po niebie chmury, w miejscu gdzie kiedyś było zadaszenie.
Dotykam nagrzanego kamienia i pod palcami czuję jego kruchość. Mikroskopijne ziarenka piasku, osypują się i wpadają do gęstej roślinności, jak do wielkiej studni bez dna. Wiedziona ciekawością chciałam zajrzeć jeszcze do zakamarków, ale moja ciekawość przegrała z gęstymi krzewami, które stały na straży chroniąc to, co jeszcze pozostało. Ostrożnie wycofałam się, aby nie skaleczyć ciała ostrymi cierniami krzewów tarniny i udałam się na przycerkiewny cmentarza, na którym prawdopodobnie znajdują się krzyże z XVII wieku, a także późniejsze z lat 80 – tych XIX w. Patrzę jak wyłaniają się z ziemi i poddają naturze, chyląc coraz bardziej w kierunku podłoża.
Cerkiew w Płazach - teatr cieni
Zostawiam za sobą Hutę Różaniecką z jej historią i udaję się do Płaz, gdzie w 1936 roku wzniesiono cerkiew greckokatolicką p.w. Zaśnięcia Matki Bożej. Czas jej świetności był krótki ponieważ w 1947 roku po wysiedleniach ludności ukraińskiej w ramach akcji „Wisła” została zamknięta. Cerkiew w latach 50 – tych XX wieku pełniła rolę magazynu. W jej obrębie zachowały się dwa krzyże. Zostawiam prześwietlony przez promienie słońca, niczym błona fotograficzna krajobraz i wchodzę do środka cerkwi. Moje oczy stopniowo przyzwyczajają się do panującego tutaj półmroku, ciało owiewa chłód i czuję zapach wilgoci. Pomyślałam, że tak właśnie pachnie przeszłość; wilgocią i butwiejącym drewnem. Moim towarzyszem staje się cisza i pył, który wzbija się i unosi do góry przy każdym kroku jaki stawiam na chybotliwej posadzce. Jego drobne cząsteczki wibrują w zastygłej przestrzeni, jakby chciały tchnąć w nią powiew życia, obudzić z głębokiego snu.
Przez szczeliny w oknach zabitych deskami przenikają promienie światła i na chwilę ocieplają pustkę i roztapiają smutek. Patrzę jak plamy światła przesuwają się po ogołoconych ścianach, jak wibrują, tańczą na pustej scenie z resztką pokrytych kurzem przedmiotów balansujących na krawędzi nieistnienia. I czuję się jak widz, który nieproszony wkradł się do teatru cieni. Oglądam ten symboliczny spektakl, gdzie głównymi bohaterami są: efemeryczne światło teraźniejszości i rozległy cień przeszłości. Patrzę na pojawiające się błyski; ulotne, nietrwałe, przemijające, jak ludzka pamięć. Opuszczam wnętrze świątyni. Pył osiadł na posadzce, zakrywając ślady moich stóp, słońce zmieniło swoje położenie na niebie, spektakl dobiegł końca, kurtyna opadła, a wnętrze spowiła ciemność.
Cerkiew w Łówczy
Na koniec swojej wędrówki szlakami architektury sakralnej udaję się do Łówczy, aby zobaczyć cerkiew św. Paraskewy. Po drodze mijam rozległe pola, niezabudowane drogi przy których stoją samotne kapliczki – jak latarnie morskie wskazują zabłąkanym okrętom właściwy kierunek rejsu. Również i ja szczęśliwie dopłynęłam do portu – miejsca, w którym znajduje się cerkwiew. Świątynia datowana jest na 1808 rok. Budowę rozpoczął Jan Matczyński, ówczesny dziedzic wsi. Pierwotnie miała ona wygląd kościoła łacińskiego. Obecną formę zawdzięcza przebudowie przeprowadzonej w 1899 roku. Elementami zespołu cerkiewnego są również drewniana dzwonnica oraz grupa nagrobków na przycerkiewnym cmentarzu. Obecnie cerkiew nie jest używana i znajduje się pod opieką parafii rzymskokatolickiej w Płazowie.
Podchodzę pod drzwi i z tlącą się nadzieją chwytam za klamkę. Drzwi ani drgną, wytrwale strzegąc tajemnicy przed ciekawskimi spojrzeniami turystów. Okna umieszczone są zbyt wysoko, abym mogła zobaczyć, co znajduje się we wnętrzu. Z rozwianą nadzieją siadam więc pod przechylonym pod naporem czasu płotem. I czuję się jak tułacz przemierzający kolejne drogi w poszukiwaniu szczątków dawnych kultur, które są jak porzucone ogrody , z których zerwano zakazany owoc i popadły w zapomnienie.
Zapomnienie
Nieopodal cerkwi, w cieniu pod rozłożystymi drzewami, pośród wybujałej roślinności ukryły się krzyże. Zmęczone dźwiganiem ciężkiego brzemienia historii odpoczywają w krainie wiecznego spoczynku. Ich urwane szczyty wznoszą się ponad krzewy. Są jak poszarpane maszty statków, które targane kolejnymi, burzowymi falami dziejów dopłynęły do ostatecznego portu.
Aby spłukać z siebie pył przeszłości i zaznać orzeźwienia idę na poszukiwanie wąwozu, w dole którego, jak zapewniają mnie przewodniki płynie potok z krystaliczną wodą.