Na stronie przeczytasz
ToggleLubycza Królewska
Przemierzając kolejne drogi Roztocza, pejzażu malowanego przez rozległe pola i łąki przybywam do Lubyczy Królewskiej, położonej na Roztoczu Wschodnim. Na jej terenie znajduje się jedno z największych przejść granicznych z Ukrainą; Hrebenne – Rawa Ruska.
Pod miejską podszewką oczywistości, którą tworzą place zabaw, sklepy i okalające centrum uliczki otwiera się obszar śladów przeszłości – kultury i historii. Granice pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością przebiegają tutaj płynnie, roztapiają się niczym w mlecznej mgle. Jeżeli chcemy poczuć i zrozumieć ten obszar Roztocza musimy odłożyć na bok „mędrca szkiełko i oko”, a otworzyć serce i dopuścić do głosu emocje. Nie tylko zwiedzać, ale pobyć i zatrzymać się, aby poczuć ducha tych miejsc.
Ślady przeszłości zanurzone w naturze
Na pierwszy rzut oka obszar ten może sprawiać wrażenie mało zaludnionego, uśpionego i nieciekawego. Jest to tylko pozór, ponieważ on tętni i pulsuje. Pulsuje symbolami i znakami wielokulturowej historii tych terenów. Zabytkami sztuki sakralnej – cerkwi i cmentarzy grekokatolickich, na których znajdują się wapienne krzyże nagrobne, a wśród nich wiele pochodzących z tzw. kamieniarki bruśnieńskiej. Tętni i pulsuje burzliwą historią, która poplątała ludzkie losy i pokryła dziejową niesprawiedliwość pajęczyną niepamięci.
Po raz kolejny jestem świadkiem przenikania się na tych terenach historii i przyrody. Natura jest jak symboliczny zegar odmierzający upływ czasu. Zarośla, gąszcze, las, kawałek ziemi stają się nośnikiem pamięci. Może ten kawałek kamienia, który mijam na leśnej drodze jest właśnie jakimś śladem przeszłości, noszącym na sobie piętno przemijania. I zastanawiam się, czy mógłby mi opowiedzieć historię, jak muszla przyłożona do ucha. Opuszczam ruchliwe centrum Lubyczy Królewskiej i udaję się do pobliskiej miejscowości Kniazie.
Kniazie - czas nieobecnych
W Kniaziach znajduje się miejsce zapomniane, zastygłe, jak skorupiak odciśnięty w kamieniu. Miejsce szczególne, z pokładem wartości i znaczeń kulturowych jakie zostały stworzone przez ludzi zasiedlających te tereny, a jest nią cerkiew św. Paraskewy. Powstała w latach 1798 – 1806. Została ufundowana przez Kniaziów lubyckich. Świątynię wzniesiono na miejscu dawnej drewnianej, która stała na cmentarzu Kniaziów. Cerkiew zdobiły liczne polichromie, a nad drzwiami skarbca widniała tablica z nazwiskami Kniaziów fundatorów. We wnętrzu znajdował się ikonostas z XVIII wieku z obrazem Jezusa Chrystusa namalowanego we włoskim stylu oraz ołtarz. Od 1916 r. w Cerkwi znajdowały się relikwie św. Paraskewy przywiezione z Rzymu przez Kniazia Lubeckiego. Cerkiew została uszkodzona w wyniku ostrzału artyryjskiego w 1941 r. a w 1944 r. spalona i już nie odbudowana. Część ikon można podziwiać w Muzeum w Jarosławiu.
Mijam ostatnie zabudowania i wchodzę w obszar pełen ciszy, pustki, nostalgii. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, któremu rytm nadawała ludność pochodzenia ukraińskiego, żydowskiego, polskiego. Wspólnie tworzyli oni kulturę, gospodarkę, religię. Dzisiaj pozbawione sensów, nadziei, wartości. Wyjałowione duchowo, jest jak porzucony, zdziczały ogród, w którym drzewa przestały rodzić owoce.
Cerkiew św. Paraskewy w Kniaziach
Wchodzę do środka przez jedną z wyrw w murze i spaceruję po odartych z piękna przestrzeniach. Patrzę jak w tej zastygłej budowli czas nieustannie płynie i nieuchronnie porywa za sobą kolejne elementy historycznego świata. Patrzę na znikające polichromie, na wyblakłe kolory, na pogłębiające się ubytki w konstrukcji świątyni, na coraz bardziej zacierające się ślady po człowieku. Moim towarzyszem staje się pustka, która wydaje się krzyczeć, lecz szybko zostaje stłumiona przez odgłosy wszechobecnego życia natury – śpiew ptaków, brzęczenie owadów, odgłosy pracujących maszyn na okalających cerkwie polach. Przez luki i wyrwy w murach, przez dziury w dachu wkradło się do wnętrza życie, jakby za nic miało przemijanie. Zielone połacie roślin, drzewa i krzewy, które swoimi korzeniami wrastają w pękające mury świątyni. Karmione resztkami historii rosną w siłę i wydają kolejne owoce życia – niepoliczalną ilość samosiejek, które zagarniają coraz większą przestrzeń. W zaciemnionych zakamarkach, cień niewyraźnie szepcze historie Kniaziów, jak muzyka słuchana na wiekowym gramofonie, odmierzana miarowym taktem z powtarzalnym rytmem przemijania.
Przemijanie
Opuszczam wnętrze cerkwii mając na swoich stopach jeszcze pył, z osypującej się materii, mikroskopijne drobinki historii, które za moment znikną, zostaną wyczyszczone, wytarte przez krzewy i trawę. Ale za nim opuszczę to niezwykłe miejsce udaję się do murowanej dzwonnicy parawanowej. Ma ona swoje miejsce tuż obok cerkwii. Wrosła w nie, jak wiekowe drzewo mocno korzeniami, bo czas dla niej chwiejny. Stoi dumnie i nie zważa na odpryski, na rdzę i pęknięcia. Wszak to jej potężny dźwięk rozchodził się po okolicznych polach i wioskach. Niesiony na strunach wiatru obwieszczał, że już pora przybyć do świątyni. Dziś w milczeniu stoi na straży czasu, czasu odmierzanego bezdźwięcznymi psalmami.
Żegnam cerkiew i dzwonnicę i z powrotem odnajduję ścieżkę, choć głowy nie dam, że to ta sama, którą tutaj przybyłam. Schodzę w dół i jeszcze na moment zatrzymuję się na przy cerkiewnym cmentarzu. Patrzę jak klepsydra odmierzyła czas, jak piasek przesypał się na drugą stronę. Drobinki piasku z kamiennych krzyży osypują się na ziemię, czyniąc je coraz bardziej niekompletnymi, za to z coraz bardziej wybujałą roślinnością, która staje się żywym świadkiem przemijania.